Relacja z rejsu "do Mikołaja"

Przedstawiamy relacje z rejsu na północny Bałtyk  członków naszego klubu opisaną przez kol Ryszarda Krawczyńskiego.

Relacja z rejsu jachtem s/y „Wiatr I”Członków Gdańskiego Klubu Morskiego

I zmiana

Henryk Sobierajski, Regina Karasowska, Marcin Warczak, Waldemar Steinhardt Trasa – Gdańsk (Polska) do Kemi (Finlandia)

II zmiana

Tomasz Krawczyński, Maciej Krawczyński, Ryszard Krawczyński, „Henio” Trasa – Kemi (Finlandia) do Gdańsk (Polska)

03.06.2010 r.   -   04.07.2010 r.

Relację z podróży spisał (bardzo subiektywnie)  Ryszard Krawczyński

Na którymś ze spotkań w klubie, podczas planowania wyprawy „Steni” do Petersburga, ktoś rzucił hasło: …A może by na „Wietrze”?, ktoś inny podchwycił, a może by dalej, tam gdzie nas jeszcze nie było - rzut oka na mapę - najdalej jest do Kemi w Finlandii. Ok. 100 km do koła podbiegunowego, no to by trzeba odwiedzić Świętego Mikołaja. Pomysł jest, chętni są, zapał budzi wyobraźnię, a te parę przeszkód, które się wyłonią, trzeba będzie pokonać. Pierwsza czynność, która została wykonana to rezerwacja biletów na prom do Karlskrony, odpowiednio wcześnie, aby wykorzystać ulgi.

18.02.2010 r.

- potwierdzenie rezerwacji i opłata za przewóz samochodu w obie strony (koszt – 1046 zł, prom FINNARROW) – klamka zapadła.     Wiosenne prace związane z przygotowaniem jachtu „Wiatr I” do podróży przebiegały w sposób zorganizowany i bez zakłóceń. Heniek już nawet nie wiedział co komu wymyślać do roboty, bo chętnych do pracy było, aż za dużo (pomagali nie tylko uczestnicy wyprawy, ale i inni członkowie klubu).    Termin wypłynięcia jachtu 03.06.2010 r. godzina 800 nadszedł szybciej niż się spodziewaliśmy, wszystko było gotowe na czas, no prawie, jak zwykle diabeł tkwił w szczegółach, które szybko i sprawnie zostały usunięte i o godzinie 1423 s/y „Wiatr I” oddał cumy i wyruszył w rejs do Kemi.

16.06.2010 r.

Druga zmiana wyrusza do Kemi samochodem. Wyjazd godzina 630 i nie ma zmiłuj się, prom nie będzie czekał, krótka chwila zastanowienia którędy jechać – przez obwodnicę trójmiejską czy przez Trójmiasto, na obwodnicy każda stłuczka zatrzyma nas bez możliwości objazdu, jedziemy przez Gdańsk, Sopot, Gdynię.    Spóźnione wypłynięcie promu (o 30 minut) już nas nie interesuje, próbujemy usadowić się wygodnie na fotelach, przed nami 12 godzin płynięcia, pierwsze przymiarki do wygodnego usadowienia się wzbudzają w nas podejrzenie, że ktoś zaprojektował te fotele przede wszystkim do tego by na nich nikt nie usiadł wygodnie, dodatkowy zysk dla przewoźnika – wykupić dodatkowo fotel lotniczy lub kabinę do spania.Porada dla nieświadomych. Nie polecamy usług promu FINNARROW, kursującego  na trasie Gdynia – Karlskrona.Przy zjeździe z promu już na terenie Szwecji pani strażniczka graniczna, dyskretnie, ale i nachalnie wtyka głowę do samochodu i wącha kierowcę czy nie jest napity, nasz nie jest – ruszamy do Finlandii.

17.06.2010 r.

Okropnie nudna jazda. Co chwilę ograniczenia, a zaraz za tym fotoradar, nie sprawdzamy czy są to atrapy, na podstawie informacji z internetu wg prawa szwedzkiego niema tolerancji za przekroczenie szybkości. Ciekawe oznakowanie o ustawieniu fotoradarów (np. fotoradar na odcinku od 0.5 km do 6.8 km), a przy tym zmieniające się dopuszczalne prędkości powodują zaangażowanie kierowcy i pomocnika do jazdy, jeden może odpoczywać. Ok. godz. 17 dojeżdżamy do Kemi potwornie zmęczeni, dzięki namiarom z GPS jacht odnajdujemy natychmiast. W marinie miła niespodzianka na maszcie obok flagi fińskiej wywieszona flaga polska.    Sama marina bardzo ładna i funkcjonalna, wszędzie czyściutko, w bosmanacie dwie kabiny prysznicowe, toaleta, punkt do prania brudnych rzeczy (pralka i suszarka) obok kawiarnia, drogi asfaltowe, pomosty z dystrybutorami wody pitnej i gniazdami do podłączenia do prądu (o jachtach nie wspominam, bo nasz to mizerota w porównaniu do zacumowanych jednostek). Koszt pobytu w marinie po 20 € za pierwsze dwa dni pobytu, za każdy następny po 5 € (uwaga bosman nie lata za pobraniem pieniędzy, trzeba samemu o tym pamiętać)    Załoga pierwszej zmiany już wypoczęta po przepłynięciu Bałtyku zaprosiła nas na grilla, wieczorem (hm, kwestia umowna określenia czasu w tym miejscu geograficznym) zasiedliśmy do poczęstunku. Kiełbasa zakupiona w miejscowym sklepie po wysmażeniu w smaku i wyglądzie bardzo  przypominała nasze parówki a wódka o mocy 30% nadawała się na popitkę, na szczęście my mieliśmy zapasy z Polski.

18.06.2010 r.

Mimo, że noc się jeszcze nie skończyła ale już rano (wg wskazania zegarka), jedziemy do Rovaniemi, aby zgodnie z planem przekroczyć koło podbiegunowe i odwiedzić Świętego Mikołaja. Z niechęcią wsiadamy do samochodu, mając w pamięci jeszcze wczorajszą drogę przez całą Szwecję ale do celu tylko ok. 100 km – wytrzymamy. Droga ładna wspaniale opisana nie potrzeba używać GPS (fotoradarów nie mniej niż w Szwecji), w Rovaniemi mała konsternacja, niema żadnych opisów ani kierunkowskazów jak dojechać do domu Świętego Mikołaja, po krótkim błądzeniu jesteśmy na miejscu. Park Św. Mikołaja niestety zamknięty, jeszcze nie sezon (otwarty od 28.06 do 01.09) ale zaraz obok dom Świętego Mikołaja otwarty wraz ze sklepikami z pamiątkami. Jesteśmy lekko rozczarowani, wokół same sklepiki z pamiątki z Finlandii, kawiarnie, restauracje, żadnych atrakcji, dzieci byłyby zawiedzione.Porada dla nieświadomych.Pamiątki od Świętego Mikołaja można kupić tylko w tym domu, jak się w nie nie zaopatrzysz tu, to już nigdzie ich nie kupisz (w całej Finlandii). Odwiedziny Świętego Mikołaja przebiegły w miłej atmosferze, wiedział gdzie leży Gdańsk i bardzo lubi polską wódkę.Porada dla nieświadomych.Tej wiadomości nie trzeba przekazywać dzieciom, tradycyjne ciasteczko i szklanka mleka dla Św. Mikołaja powinna czekać na niego w noc wigilijną, może tylko mleko wymienić na kefirek lub zsiadłe mleczko.Z powodu braku czasu, nie zwiedzamy okolic miasta, powrót do Kemi, druga zmiana już gotowa do podróży.  Jeszcze tylko wspólna fotka i załoga pierwszej zmiany rusza w drogę powrotną do Gdańska, po drodze odwiedzając Świętego Mikołaja w Rovaniemi, my się rozpakowujemy i zagospodarowujemy na jachcie, planowane wyjście w morze jutro godzina 1700.

19.06.2010 r.

Od rana montowanie autopilota, nasz czwarty członek załogi, jeszcze nie sprawdzony w praktyce, działanie znane tylko w teorii.     Niestety prognoza pogody uziemia nas w marinie przynajmniej do poniedziałku, zapowiadany silny sztorm. Mamy czas, aby spokojnie poszukać stacji paliwowej w celu zatankowania zbiorników w jachcie. Okazuje się, że o wiele taniej wychodzi podjechać na stację benzynową niż ściągać obsługę dystrybutora do portu jachtowego, korzystamy z uprzejmości bosmana i jego samochodem przywozimy paliwo, przy okazji odkrywamy drugą marinę przeznaczoną dla łodzi motorowych.Miasteczko Kemi  w części w której przebywamy wygląda na typowo przemysłowe, hotele, duże markety, odpowiedniki naszych kiosków z gazetami i papierosami umiejscowione w budynkach pełnią rolę dyżurną, aby można było nabyć podstawowe produkty potrzebne na daną chwilę. Chcąc wysłać pocztówkę nadaje się ją w miejscu nabycia, na ulicach nie ma skrzynek pocztowych.W czasie kiedy u nas jest późny wieczór np. godzina 23 można swobodnie czytać prasę bez włączania światła, a nawet jak nie ma chmur można się opalać.Siedząc na jachcie i czekając aż się ściemni (ha), zaczynamy rozumieć dlaczego naród fiński spożywa tyle alkoholu na głowę jednego mieszkańca, po paru głębszych łatwiej zasnąć.

20.06.2010 r.

Pobudka. Dmucha jakby się … ktoś powiesił. Wyskakujemy z jachtu aby go dodatkowo umocować, w marinie wszyscy obecni robią to samo. Sąsiad informuje nas, że dmucha w porywach 16, możliwe nie kłócimy się bo i tak nie znamy fińskiego. Silny wiatr szybko rozgonił deszczowe chmury i zaświeciło piękne słońce. Sprawdzamy pogodę (aby ściągnąć pogodę trzeba wyjść na miasto i poszukać dostępu do bezpłatnego internetu, najlepszy sygnał znaleźliśmy  w barze, przy okazji przekonujemy się ile kosztuje szklanka piwa 0.33 l – 4 €) ma przestać wiać ok. godziny 100. Z powodu wiatru nie wypuszczamy się na miasto. Sprawdzamy czy wszystko jest pochowane i umocowane w jachcie, lekkie znieczulenie i spać.

21.06.2010 r.

W nocy (a raczej kiedy spaliśmy), wiatr zelżał. Po śniadaniu wychodzimy w morze.     Jest fajnie. Osłonięci wyspami nie odczuwamy silnego falowania, próbujemy czwartego członka załogi, który w którymś momencie został nazwany „Henio”, sprawuje się bardzo dobrze, zobaczymy co będzie dalej. Droga wodna ładnie oznakowana – bezpieczna. Opływamy wyspę Seikasaari i wpływamy do zatoki Botnickiej (Bottenviken).Od razu odczuwamy zmianę, fala ok. 2 m, ostry bejdewind. Testujemy „Henia”, zachowuje się rewelacyjnie, zmiana kursu, zwroty, płynięcie pół wiatrem i bejdewindem słucha każdego polecenia, nie poddaje się uderzeniom wiatru sam wraca na kurs - będziemy mieli z niego pożytek.    Trochę dziwne jacht jakby się skurczył, poruszamy się po nim jak w tłoku obijając się o siebie a przedmioty bardzo dobrze przecież zasztauowane zaczynają się same poruszać i na nas rzucać, na razie podnosimy i upychamy byle gdzie, aby tylko nie latały.

22.06.2010 r.

Moja wachta zaczyna się o godzinie 000, tuż po moim wyjściu na pokład  zaczął się zachód słońca i jeszcze się dobrze nie skończył+, a już zaczął się wschód (trochę było dziwnie, bo wszystko to odbywało się na północy).Widoku tego nie odda żadne zdjęcie, dla niego warto tu przyjechać (przypłynąć).Żagle ustawione, „Henio” ma zadany kurs, kawa, zupka, herbata – spokój i relaks, nie widać żadnych statków, łodzi ani sieci (tak wszechobecne u nas w zatoce gdańskiej). Wiatr ostry bejdewind – raz mocniej raz słabiej. Wachta za wachtą, słońce świeci mocno, a my opatuleni w sztormiaki i kurtki – urok pływania pod wiatr. Jacht jakby się trochę powiększył, różne przedmioty już przestają się na nas rzucać, chyba zaczynają znajdować swoje miejsce i nauczyły się zachowania na jachcie. Trzymam wachtę od 1800 do 000 samopoczucie jest niezłe, ale mam ochotę na kolację zjeść coś lekkiego, Maciek – w danej chwili wachta gospodarcza – przygotowuje kolację, proszę go o coś lekkostrawnego, czy może być jajecznica na oliwie? Ok., lepsza będzie na masełku. I dostałem. Uwaga podaję przepis na jajecznicę lekkostrawną wg. Maćka.Jedna łyżeczka od herbaty masełka ….. 20 deko boczku wędzonego, jedna duża cebula posiekana, lekko podsmażona i 4 jajka – nie powiem smakowało, to było dobre.Maciek na nocnej wachcie odnotował, zachód słońca po godzinie pierwszej wschód przed godziną drugą ( można było czytać książkę) – wszystko na północy.

23.06.2010 r.

Wiatr zdechł całkowicie. Odpalamy silnik, za chwilę dmuchnęło, silnik stop - żagle w górę, po chwili zdechło, zabawa w kotka i myszkę.Tomek gotuje  obiad. Flaki (oczywiście z puszki). Doprawienie ich to przeżycie, eksperyment z pastą węgierska, ¼ łyżki + ¼ łyżki + ¼ łyżki, zgłaszam, że dla mnie będzie dość, resztę kto będzie chciał doprawi sobie na talerzu. Maciek i Tomek bez smakowania na starcie po ½ łyżki bez smakowania, po chwili miny dziarskie oczy duże, żaden nie sięga po picie ale chętnie zagryza ogórkiem, chlebem, serem - przy dokładce nie doprawiają już pastą.Dmuchnęło i rozbujało, wchodzimy na kwarki, zgodnie z opisami odpalamy silnik zwijamy żagle aby przepłynąć na silniku, ale niestety stoimy. Silny wiatr w mordę i wysoka fala to nie dla naszego motorku, silnik stop żagle w górę oczy w mapę i płyniemy, halsujemy, aby mieścić się w torze wodnym. Pogoda słoneczna, ale z chłodnym wiatrem, oczywiście przeciwnym.Nasz „Henio” to jednak rewelacja, nie pyskuje, nie stroi fochów, a na każde pytanie odpowiada zzzz, z nudów odpinamy go, aby samemu posterować, od razu to widać w komputerze, linia prosta zmienia się w zygzaki.

24.06.2010 r.

Jacht się wyprostował, czyżby zmiana kierunku wiatru, ale nie, po prostu słabo wieje i morze się wypłaszczyło. O dziwo słońce na swoim miejscu (na wschodzie), na pokładzie krople porannej rosy (tego jeszcze w tym rejsie nie było), wieje ciepły wiatr – oczywiście przeciwny. W nocy trzeba było zapalić światła na jachcie. Wracamy do normalności. Płyniemy niedaleko szwedzkiego brzegu, nad nami piękne słońce, a nad brzegiem widać jak leje deszcz.Zarządzenie kapitana – oszczędzamy wodę do mycia, po jedzeniu nie wkładamy miskę w miskę, będzie mniej powierzchni do mycia.

25.06.2010 r.

Bejdewind i bejdewind, do cholery tu chyba inaczej nie dmucha, no chyba, że nie dmucha. Na prawej burcie w dalszym ciągu Szwecja w deszczu, a my w słońcu – chyba jednak mamy szczęście. Wyciągamy agregat, trzeba podładować akumulatory „Henia”, rozruchowe i laptopa.Porada dla nieświadomych.Pierwsza i podstawowa zasada, na jachcie jest zrobione dobrze tylko, to co zrobi kapitan, reszta nadaje się tylko i wyłącznie do poprawy.Wieczorem coś się zaczyna dziać. Wiatr się lekko odkręca, nie za mocno, ale zawsze coś, nie za mocny, ale baksztag, a do tego wysoka fala. Nabieramy pędu, do 3 węzłów, cztery podskoki na fali i hamulec ręczny – stop, zaczynamy od nowa.

26.06.2010 r.

Pobudka inna niż wszystkie, halsujemy, ale o dziwo nie spadam z koi, tylko przedmioty zaczynają latać w innych kierunkach.Nagle słyszę jak Tomek woła: Rysiek wstawaj jesteś potrzebny. Zrywam się i biegnę. Słyszę: spokojnie możesz założyć spodnie, więc myślę sobie, aha jakiś manewr, zdążę się obudzić, ale nie minęło parę sekund słyszę: k….a co tak długo, ręka mi cierpnie. W mig byłem na pokładzie (bez spodni).Uciekliśmy od deszczu, już był blisko ale odwinął się na wschód i nas oszczędził. Sędziwy Neptun spełnił nasze prośby o zmianę wiatru z lekką przesadą, dmuchnął pełnym wiatrem od razu siódemką, przy stanie morza 5, na zrefowanych żaglach idziemy 7-8 węzłów, pełen odlot, ale dryfkotwa była gotowa do użycia.Porada dla nieświadomych.Przygotowując śniadanie w warunkach opisanych powyżej, jajecznicę wg przepisu Maćka używaj - do smażenia garnka, bo smażąc na patelni oprócz podwójnej roboty (smażenia) będziesz miał dodatkowe sprzątanie z myciem kambuza, jak ja. Po południu zdechł wiatr całkowicie, fala opadła, rozglądamy się dookoła, czarne chmury wiszą nad Szwecją, może z nich dmuchnie, na razie czekamy co będzie, trochę relaksu (wiadro, szczotka, woda, pokład)Dopływamy do wód terytorialnych Szwecji, wpływamy na szkiery i tu dopada nas deszcz, żagle w dół bandera szwedzka na maszt, silnik start, tu nam „Henio” za dużo nie pomoże. Pokazały się pierwsze jachty, łodzie motorowe z wędkarzami, a nawet foka, tylko skubana nie chciała pozować do zdjęcia, wystawiła łeb z wody i dała nura.Zmieniamy pierwotną decyzję o zatrzymaniu się w pierwszej możliwej marinie i decydujemy się na płynięcie wprost do Sztokholmu, oglądając malownicze widoki.

27.06.2010 r.

Płynąc trzeba mieć oczy dookoła głowy, potężne promy płyną cichutko i szybko.    730 dopłynęliśmy do mariny w Sztokholmie, którą nie znając miasta wybraliśmy wg mapy, aby być jak najbliżej centrum i starówki. Opłata za marinę na dwie doby 600 koron (!). Uwaga, po godzinie 1700 zmieniają się kody dostępu do pryszniców i toalet, bosman nie przychodzi z nowymi, zwija d… w troki i idzie do domu, trzeba samemu o to zadbać.PRYSZNIC, co za rozkosz (na szczęście nie ma limitu wody) i spać.   Po południu przyzwyczajamy się do lądu, skubany lekko się kołysze, rozglądamy się po marinie, widać jeden polski jacht (ze Szczecina, przypłynęli z Łotwy) a reszta to mieszanka szwedzkich, fińskich, norweskich, francuskich, brytyjskich i niemieckich jachtów i łodzi motorowych, o ich gabarytach nie piszę, bo przerastają nas przynajmniej o połowę, a urządzenia radarowe i ratownicze przykryłyby nasz jacht w całości (dla załogi chyba nie byłoby miejsca).    Krótki rekonesans po okolicy, piękny park i parę muzeów (najbliżej nas muzeum Vasa), wesołe miasteczko. Popełniamy nieświadomie drobne przewinienie, w marinie widnieje zakaz karmienia kaczek, a my mieliśmy całą paczkę pokruszonych sucharów i podobała nam się walka kaczek  z mewami. Nie ma bezpłatnego internetu. Zmęczenie zwycięża, wcześnie się kładziemy

28.06.2010 r.

Zdecydowaliśmy się, ponieważ nie mamy zbyt dużo czasu, że zwiedzimy tylko muzeum okrętu Vasa i Sztokholmską starówkę.Muzeum statku Vasa zbudowane zostało na osnowie oryginalnego statku wydobytego z dna morza po 333 latach od chwili zatonięcia, zachował się w oryginale w 95%, ozdobiony jest setkami rzeźb, zatonął zaraz po wyjściu z portu nie uszkodzony (na szczęście dla nas bo przecież płynął na wojnę do Polski), na skutek błędu konstrukcyjnego, naprawdę warto odwiedzić to muzeum (muzeum przystosowane do zwiedzania dla rodzin z małymi dziećmi, inwalidów i głodomorów).Starówka Sztokholmu jest nieduża, wąskie uliczki, masa sklepów z pamiątkami, restauracji pubów. Instytut Noblowski, parlament, pałac królewski, obejście tego wszystkiego to tylko parę godzin.Dużo gorzej robi się podczas takiego spaceru, kiedy chcesz skorzystać z toalety. Warunki jak w Polsce, brak informacji o przybytkach albo zamknięte a gdy już dobiegasz do jakiejś knajpki z toaletą to się okazuje zepsuta.Podobnie ze sklepami z zaopatrzeniem spożywczym, trzeba się dobrze nachodzić aby znaleźć.

29.06.2010 r.

Zgodnie z planem 800 odchodzimy od kei. Mała rundka przy brzegu w okół Skeppsholmen, przy okazji wypatrujemy stacji paliwowej, wydawać by się mogło, że przy takiej ilości jachtów i łodzi motorowych stacje powinny być na każdym kroku, nic bardziej mylnego, widzimy stacje ale za mostami gdzie z powodu masztu nie możemy podejść. Kierujemy się na wyjście ze Sztokholmu i wreszcie znajdujemy stację przy wyspie Fiaderholmarna. Ruszamy w drogę, przez szkiery na Morze Bałtyckie, oczywiście jak na zamówienie zjawia się wiatr wiejący idealnie z kierunku, w którym płyniemy, mimo że jest gorąco wbijamy się w kurtki i z zazdrością patrzymy na jachty i łodzie motorowe płynące w przeciwnym kierunku, leniwie rozłożone prawie nagie ciała opalające się, im jest gorąco.

30.06.2010 r.

Pobudka niezbyt miła, rzuca nami w górę i w dół, wychodząc na wachtę słyszę od Tomka przypomnienie o pasach bezpieczeństwa, chcę się najpierw zorientować w sytuacji i bez nich próbuję wyjść na pokład, ale gdy nagle nogi straciły kontakt z pokładem nurkuję do bakisty i migiem wbijam się w pasy. Fala 3 do 5 m, ostry wiatr, oczywiście przeciwny. Nie wygląda to różowo, ale po pewnym czasie przyzwyczajam się i uświadamiam sobie, że gorzej to wygląda oglądając  z zewnątrz (np. na filmach). Skupiając uwagę na prowadzeniu jachtu nie w głowie mi było wyciąganie aparatu fotograficznego.Kierujemy się do portu Visby, po schowaniu się za wyspą Gotland wiatr i falowanie się uspokaja,  a w miarę upływu czasu całkowicie zanika.Ok. godziny 2300 wpływamy do Visby, port pełny, trudno znaleźć miejsce.

01.07.2010 r.

Wyspani idziemy do bosmanatu wnieść opłaty (250 koron za dobę) i pod prysznic, zdecydowanie najmniej przyjazny z dotychczasowych, kabiny prysznicowe i toaleta w kupie, nie dają dużej prywatności, oprócz tego, aby wziąć prysznic trzeba wrzucić do automatu  5 koron (ilość wody limitowana).Po powrocie na jacht znajdujemy na relingu przylepioną jakąś czerwoną kartkę, nie zwracamy na nią większej uwagi, może to jakiś miejscowy obyczaj. Szybkie śniadanko i wypad na mały rekonesans po porcie. Port jachtowy ładny, czysty i funkcjonalny nastawiony na komercję. Stacja paliwowa pod ręką, to samo z wodą i prądem, dostępu do bezpłatnego internetu brak.Po powrocie na relingu druga czerwona kartka. Przygotowując się do zwiedzanie wyspy, słyszymy głos nawołujący po szwedzku z kei, trudno było cokolwiek zrozumieć ponieważ pani nie operowała jakimś innym ludzkim językiem poza rodzimym, ale sytuacja się wyjaśniła, na relingu trzeba przykleić niebieską karteczkę, którą otrzymaliśmy przy dokonywaniu opłaty.Wypad na zwiedzanie miasta, czysto schludnie, same sklepy z pamiątkami, restauracje małe knajpki, wszystko ustawione pod turystów, sklepów w których można by było uzupełnić prowiant na jacht nie widać, trzeba się zagłębić w uliczki, na których nie ma szlaków turystycznych (kawałek drogi).Ściągamy prognozę pogody, tak korzystnej jeszcze nie mieliśmy, ma być półwiatr o sile 4 do 5. Skracamy pobyt na Gotlandii i o 19 wyruszamy w dalszą drogę.Wieje zgodnie z prognozą pogody, lekki półwiatr, sama przyjemność, chmury zniknęły widać piękny zachód słońca.Ok. 2300 jesteśmy na pozycji, zwrot  i zmiana kursu na właściwy, wszystko przebiega zgodnie z planem, do czasu, nagle przestaje dmuchać, flauta, nic to łudzimy się, że rano będzie lepiej.

02.07.2010 r.

Po całonocnej flaucie, ściągamy prognozę pogody, diametralnie inna od poprzedniej, dwa dni ciszy. Stan oczekiwania, nawet próbujemy łowić ryby, choć nie za bardzo mamy ochotę coś złapać  (bo ktoś musiałby to czyścić i smażyć). Ok. 1200 zaczyna coś wiać, oczywiście w dziób. Przekraczamy tor wodny statków handlowych i promów, ruch jak na autostradzie, wykorzystując tylko wiatr przecinamy go bezpiecznie.Wieczorem pejzaż wokół jak z bajki, cisza kompletna, woda wygląda jak przelewająca się w naczyniu plazma lub rtęć, niesamowity widok horyzontu.

03.07.2010 r.

Warunki pogodowe bez zmian. Żagle w górę, żagle w dół, silnik naprzód, silnik stop. Ok. 130 mil morskich od polskiego brzegu szok, nagle odzywają się komórki, pełen zasięg w Erze i Orange, kontaktujemy się z domami, po chwili zasięg znika i aż do wieczora żadnej kreski.    Późnym popołudniem zaczyna dmuchać, najpierw nieśmiało potem coraz mocniej i o dziwo jest półwiatr przechodzący do baksztagu. Pełna rozkosz, jest okazja wciągnąć spinaker i poszaleć, w porywach nawet do 8 - 9 węzłów. Dopływamy do brzegów polskich, widać już Władysławowo, zdążyło się ściemnić kiedy dopływamy do Helu. Gdyby nie mapa w laptopie z namiarem GPS można przeoczyć wejście na Hel, czyste i przezroczyste powietrze zlewa się w jedną linię brzegową światłami z Helu, Gdyni i Gdańska.Ok. 2300 wchodzimy do portu, pełno, nie ma gdzie zacumować, korzystamy z uprzejmości jachtu Portowiec II i cumujemy do ich burty, na pokładzie nasz kolega z klubu kapitan Michał Paszkowski, szkoli młodych adeptów sztuki żeglarskiej (nawet w nocy) z południa Polski.

04.07.2010 r.

Od rana pełne lenistwo i relaks. Kąpiel, drobne zakupy (jaka to przyjemność dogadać się ze sprzedawcą bez używania rąk), smażona rybka, sprzątanie i mycie jachtu. Jest dostęp do bezpłatnego internetu. Powietrze jest tak przejrzyste, że bez lornetki widać wyraźnie Gdynię  i Gdańsk. Po południu zbieramy się do ostatniego odcinka naszej podróży. Wiatr nam sprzyja, wracamy do swoistych warunków zatoki gdańskiej, gdzie znów wyrosły sieci rybackie. O godzinie 2055 cumujemy przy kei w klubie, nie wita nas co prawda orkiestra, ale stęsknione żony i koledzy z pierwszej zmiany (Waldek i Marcin).Ogólnie II zmiana płynąc z Kemi do Gdańska przepłynęła 937 mil morskich w czasie rozdzielonym na podróż pod żaglami 168 h 40 min i na silniku motorowym 69 h 10 min, chcąc dotrzeć do Kemi i Rovaniemi, przejechała 1910 km samochodem i przeżyła koszmarną podróż promem FINNARROW z Gdyni do Karlskrony w czasie 12 h.

 

„… gdzie ta keja a  przy niej ten jacht gdzie ta koja wymarzona w snach w każdej chwili PŁYNĘ W TAKI REJS…”

GKMLOK 2018
By: Joomla Free Templates